Z Åndalsnes na Blånebba

W ostatni weekend po raz kolejny przekonałam się, że pojemność baterii w moim Nikonie jest bez dwóch zdań na wagę złota. Bo nie da się wyjechać na dwa dni w jakikolwiek norweski rejon i nie zrobić prawie 1000 zdjęć. Gdzie by nie spojrzeć – bajka. Tutaj nie ma ani jednego brzydkiego miejsca. Ba! Nie ma nawet takiego, które można by nazwać chociażby przeciętnym. Stąd każdy kadr wydaje się być tym idealnym. 

No ale do rzeczy. Weekend spędziliśmy w Åndalsnes razem z IAESTE (The International Association for the Exchange of Students for Technical Experience). Czyli z taką organizacją, która ogarnia technicznym studentom międzynarodowe praktyki w różnych krajach, w ramach których za bardzo nic nie robią, ale za to dużo zwiedzają, bawią się i imprezują. Jak nam się udało z nimi wyjechać jest mało istotne – ważne, że wypad był pod każdym względem atrakcyjny.

Zatrzymaliśmy się w małych domkach na terenie Åndalsnes Camping – świetnie przygotowanym pod wędrujących turystów miejscu. Wszystko cacy. Przyjechaliśmy w piątek wieczorem, by w sobotę z rana wyruszyć w stronę Blånebba – szczytu położonego między dwiema uroczymi (a jakże by inaczej!) dolinami – VengedalenRomsdalen. Podejście na początku wydawało się całkiem przyjemne. Niby ostro w górę, ale spokojnym tempem, co chwilę robiąc przystanek na pstryknięcie paru zdjęć. No i złapanie oddechu, rzecz jasna.

Drugi odcinek był jeszcze fajniejszy, bo i trochę łagodniejszy. Myśleliśmy, że tak już będzie do samego końca, ale wtedy właśnie padło pytanie, dokąd tak naprawdę się wybieramy i czy ten punkt jest już widoczny z miejsca, w którym stoimy. Okazało się, że tak, że owszem, że przecież wierzchołek Blånebba widać jak na dłoni od samiutkiego początku, bo to ten ostro zakończony szczyt po naszej lewej stronie… To wywołało pierwszą falę konsternacji i niedowierzania. A prawdziwa zabawa zaczęła się, gdy skręciliśmy w lewo, by wnieść nasze ospałe tyłki na grań. Stromizna straszna, same kamienie, a na dodatek zaczęło lać.

A Norwegowie jak górskie kozice mijali nas susami, podczas gdy ja, spowalniając pół grupy, kroczyłam żwawym tempem emeryta z osteoporozą. Kondycja jak kondycja, ale rzepki do wymiany… Na samej grani okazało się, że jest taka mgła, że właściwie nic nie widać. Dosłownie mleko. A tutaj jeszcze przed nami była jakaś godzinka marszu – znowu ostro w górę. Tak że tego.. Kanapka, czekoladka, łyk wody, trzy głębokie wdechy i w drogę.

Na szczęście, jak to w górach, szybko zaczęło się wypogadzać, a przed nami roztoczył się nieziemski widok na całą dolinę Romsdalen i kawałek Romsdalsfjordu. Ten krajobraz, te góry, te szybko przesuwające się chmury i  ta opadająca mgła… Cudo! Ale przyznać trzeba, że ostatni etap podejścia to już była droga przez mękę. Nogi bolały, tchu brakowało. Na górze jednak czekała już na nas gorąca czekolada przygotowana przez tych, którzy weszli nieco wcześniej (tak, znalazła się taka nadgorliwa grupka…).

O schodzeniu pisać nie będę, bo trasa była ta sama, tylko ból nieco większy i widoki piękniejsze (bo przejaśniało). Zresztą wszystko widać na zdjęciach. 🙂

A, i jeszcze jedno. Blånebba ma ledwie 1356 m wysokości. Zdobyliśmy ją w sobotę. Pokonaliśmy w obie strony tylko nieco ponad 14 km. Dziś jest wtorek. NOGI NADAL BOLĄ.

Chyba trzeba zacząć trenować.

You may also like...

I co o tym sądzisz?

Loading Facebook Comments ...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *